Poza najdalszym wschodem
Tam, gdzie kończą się lądy,
Mój lud tańczy na skrzydłach
Innego wiatru.
Rozwiązanie każdego problemu leży albo w umyśle albo w sercu.
- Gregorius Alhara
Februar 32
Zza grubej pluszowej kotary dobiegł tupot ciężkich butów, zaraz potem krzyk. Wołanie o pomoc. Kawaler de Riis-Lewine
ruchem ręki powstrzymał siostrzeńca, przyłożył palec do ust. Jedna ze skulonych w kącie kobiet załkała krótko
- Eire objęła ją, uciszyła. W pokoju było ciemno, tylko przez zasłony przebijała łuna niedalekich pożarów.
Krzyk umilkł nagle, niczym ucięty nożem. Ktoś przebiegł, blisko, tuż pod oknem. Cisza. Gdzieś po drugiej stronie placu
huknęło rozbijane szkło.
Wiatr, który zerwał się krótko po północy, niósł jakiś daleki gwar. Kawalerowi de Riis-Lewine wydawało się, że to
od strony pałacu Cypriana, że poznaje podniesiony głos starego barona... - To tylko wiatr - ostudził rozgorączkowaną
wyobraźnię. - Zresztą nawet gdyby...
Ktoś biegł ulicą.
Nie był sam: zaraz dołączył do niego kolejny, jeszcze kilku. Zwoływali się cichymi, krótkimi okrzykami. De Riis-Lewine
bezsilnie zacisnął dłoń na rękojeści rapiera. - Byle do świtu - pomyślał. - Wszystkie rewolucje umierają o świcie.
Cisza. Wiatr niósł strzępy głosów, jakiś odległy zgiełk.
- Nie ośmielą się - z fotela dobiegł surowy głos starszej pani. - To tylko kupczyki i straganiarze. Nie potrafią nic
poza liczeniem pieniędzy. W końcu przyjdą tu prosić o wybaczenie, już tak bywało...
Gdzieś daleko zapiał kogut. Ale koguty piały całą tę straszną noc. Pożary zmieniły rozświetliły niebo nad miastem,
ptaki głupiały od tego.
Drzwi otwarły się z hukiem.
Julius 321
Weszli do pomieszczenia mrużąc oczy z powodu światła - jasnego w porównaniu z ciemnym korytarzem.
Przy długim stole zajmującym środek pokoju siedziało kilkanaście osób.
Większości z nich Theo nigdy w życiu nie widziała.
Centralne miejsce zajmował oczywiście Strogow.
Grubas siedział rozwalony na krześle czytając jakiś pergamin.
Na dźwięk otwieranych drzwi podniósł wzrok i uśmiechnął się kpiąco do Theo.
- Cześć gołąbeczku.
- Dobry wieczór. - reakcja dziewczyny była co najmniej chłodna.
- Gdy się zbiera grupa taka, pewnie w planach duża draka.
Sala wybuchnęła śmiechem. Tradycyjnie już wierszyki Tybalta wywoływały ogólne rozbawienie. Victor też się uśmiechnął.
- Witaj i ty, Tybalt. - wskazał im wolne miejsca.
Usiedli - Theo oficjalnie, z miną wskazującą, że nie podziela ogólnego dobrego humoru, Tybalt jeszcze bardziej sztywno,
nic nie mówiące spojrzenie wbijając w Strogowa. Wyglądało na to, że stary zabójca nie dostrzega drwiących spojrzeń
biegnących w jego kierunku z różnych stron sali.
Theo za to napotkała wzrok staruszka siedzącego obok Strogowa. Ten mrugnął do niej, po czym szybko obrócił
stojącą obok niego niewielką klepsydrę i mocno już pogryzionym ołówkiem zrobił kreskę na małym świstku papieru...
Septembr 335
No, to chyba tu. - ziewnął Bastien.
Tuż przy brzozowym zagajniku stała niewielka chatka, wyraźnie nie pierwszej już młodości.
Obok chaty widniało kilkanaście drewnianych konstrukcji, najprawdopodobniej uli.
Podjechali bliżej.
Teoria z ulami była prawdziwa - przed głową wierzchowca, na którym jechał Bastien, rozległo się nagle niskie buczenie
i wielka ciężka pszczoła usiadła tuż koło ucha gniadosza. Kilka jej towarzyszek utrzymywało dystans "na doskok".
Gniady, zmęczony chyba nietypowym jesienną porą ostrym słońcem, nie zwrócił na nie większej uwagi. Na werandzie chatki siedział
staruszek i w najlepsze wcinał jakąś zupkę bliżej nieokreślonego koloru. Ubrany w długą poplamioną szatę barwy
podobnej do spożywanej polewki, obrzucił przybyłych krótkim tylko spojrzeniem.
Locklear odchrząknął.
- Ojczulku, szukamy niejakiego Patrusa. To wasz syn może? Jest w domu?
Dziadek siorbnął głośno. Popatrzył przeciągle na jeźdźców. I czknął.
- Ogłuchliście? Patrusa szukamy. Znacie takowego? - Locklear nie chciał rezygnować zbyt szybko.
- A wyście są kto? - staruszek udowodnił, że przynajmniej aparat mowy miał nadal w porządku.
- Eeee, segneur de Trellen. A to - tu Locklear wykonał skomplikowany ruch dłonią - szlachetny segneur de Vrada.
No to jak, znacie Patrusa czy nie znacie? Mówcie szybko, bo nie mamy czasu.
- Taaak. No to dobrze się składa, panowie szlachta, bo ów Patrus to ja. - dziadek odstawił pustą już miseczkę
i przewiercił Locklera spojrzeniem.
- Cooo? Wy? - Poderwana krzykiem Lockleara pszczoła zaczęła znowu niespokojnie buczeć koło ucha Bastiena. - Jak to wy?
Myśmy tu po tropiciela przyjechali! Wiatrołomy baron kazał sprawdzić i śladów quilaańskich wojsk szukać!
- Rozsądnie. Przez Stary Bór albo Pomrocze trudno armię prowadzić. Jeżeli by większy oddział miał z północy uderzać
to najprawdopodobniej przez Wiatrołomy. Ale to daleko stąd. - staruszek wykazał się nagle niezłą znajomością topografii
okolicznych lasów.
Młodzi szlachcice popatrzyli na siebie z powątpiewaniem. W księstwie nie było obecnie zbyt wielu ludzi zdolnych do służby wojskowej.
Kto mógł, pojechał z księciem pod Sann, bronić stolicy przed Quilaańczykami.
Ale żeby z takim dziadem na poszukiwanie wroga wyruszać?
Bastien westchnął i wzruszył ramionami. - No dobra, panie Patrus.
Baron na zwiad kazał w las iść, nie nam tu po próżnicy dyskutować. Zbierajmy się.
- Hola, hola, panowie szlachta, nie tak szybko. - cmoknął stary - Ja się na taką wyprawę przygotować muszę.
A i wy, widzę, na zwiad zupełnie nie gotowi. Te blachy - wymierzył kościsty palec w napierśnik Lockleara - na pewno
w przekradaniu się przez Wiatrołomy pomocne nie będą. Ubierzcie się jakoś porządnie i zajrzyjcie tu do mnie jutro, z samego rana.
Locklear spurpurowiał. - Starcze, nie wy tu od ustalania zasad jesteście, tylko od wąchania szlaku!
Wierzchowca wam tu przyprowadziliśmy, dupę w troki wsadzajcie i ruszamy!
Bastienowi nagle wydało się, że niskie buczenie robi się coraz głośniejsze i słychać je już nie tylko od uli i tych kilku pszczół
koło głowy jego gniadego. Dziwna chmura powoli zaczęła koncentrować się dookoła konia Lockleara.
- Wąchania szlaku? Uuuu, synkowie - Patrus wykrzywił się i pokręcił głową - coś wam się w tych młodych,
zapalczywych głowach pomieszało. Tak, to nie będziemy rozmawiać. Widzę, że ochłonąć musicie, czasu wam trzeba.
Wracajcie grzecznie na zamek. Stawcie się tu jutro, już bez tego żelastwa. - staruszek wstał
i wszedł do chatki. - Wyruszamy o świcie. - dobiegło jeszcze z wewnątrz, po czym drzwi zatrzasnęły się głucho...
Oktobr 343
Rynek był pełen ludzi. Wszyscy przyszli popatrzeć. I posłuchać.
- O, a ta dziewczyna z jasnymi włosami, kruszyna taka, co tylko do ramienia sięga panu Wittowi, to Blanka de Lavisse,
najemniczka, co ją nazywają Zmruż Oczko - opowiadał swej młodziutkiej, świeżo poślubionej małżonce Fabian Crescent,
dobrze ustawiony kupiec bławatny w prześwietnym mieście Toel. - Chuchro takie, a pono mieczem robi jak jaka diablica...
- ciągnął, zadowolony, że zbiera się dokoła niego krąg słuchaczy. - Powiadają, że pierwszego człowieka zabiła
zanim szesnaście lat skończyła, a kiedy konał siedziała nad nim i kołysankę mu śpiewała...
A jak ducha wyzionął oczy mu zamknęła i dobrej nocy życzyła, skąd też przezwisko jej się wzięło...
- Bzdura.
Dobrze ustawiony kupiec najpierw dojrzał miecz - bo też i to było najważniejsze. Miecz nie był nowy, a rzemień,
którym okręcono rękojeść, błyszczał, wytarty od częstego używania. Przedsiębiorcy z prześwietnego miasta Toel
wydało się, że tłum wokół niego rozstąpił się nieco. Naraz poczuł się w tym tłoku zadziwiająco samotny i opuszczony.
Podniósł wzrok: broń nosił przy pasie - wciąż przy pasie - wysoki mężczyzna z grzywą gęstych, jasnych włosów.
Nieznajomy przelotnie tylko spojrzał na kupca Crescenta i znowu utkwił wzrok w młodej kondotierce.
- Człowiek, którego wtedy zabiła stoczył z nią równą walkę. A ona tylko zamknęła mu oczy. Reszta to bzdury.
- Mówicie, panie, jakbyście tam byli... - kupiec, ośmielony nieco spokojem obcego, odważył się odezwać.
- Byłem - uciął krótko mężczyzna, wciąż nie zaszczycając rozmówcy choćby spojrzeniem. Grupka najemników zbliżyła się,
zmierzając w stronę karczmy. Obcy gwałtownie przepchnął się przez tłum. - Blanka!
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie. Przez chwilę bystre, zmrużone w szparki orzechowe oczy chłodno lustrowały twarz
przybysza. Udał, że nie zauważył, że jej dłoń dyskretnie zsunęła się z rękojeści sztyletu, po który odruchowo sięgnęła.
- No proszę - powiedziała spokojnie.
Januar 359
Drobna, smukła rączka wyjrzała spod jedwabnej kołderki i popełzła po prześcieradle. Raoul nigdy nie przepadał za zimnym i
śliskim jedwabiem, ale skoro kobiety tak za nim szalały...
- Mmmm, Raoul...? - słodko rozległo się spod kołderki.
- Śpij, dziecinko. Zajrzę do ciebie później, zjemy razem obiad. A może i kolację... - powiedział zapinając guziki
białej koszuli.
- Jak to? Wychodzisz? Juuuż? - słodki głosik zabrzmiał rozczarowaniem, kołderka poruszyła się.
- O dziesiątej mam pojedynek z de Tichonoffem. Nie chcę się spóźnić, ten stary piernik pewnie już czeka. Zawsze wszędzie
przychodzi wcześniej.
- Pojedynek? - spod gwałtownie podniesionej kołderki wyjrzała para wielkich błękitnych oczu, złote loki rozsypały się
po kształtnych ramionkach. - Raoul, przecież to strasznie niebezpieczne! Możesz zostać ranny! Albo, co gorsza, zabity!
- Nie martw tym swojej pięknej główki. Zresztą sam książę prosił, bym stanął w jego imieniu. Honor księstwa
spoczywa w moich rękach - z roztargnieniem rozejrzał się za spodniami.
- Wolałabym, żeby spoczywało w nich co innego... - dziewczyna wygięła usta w podkówkę. Zrobiła się przez to jeszcze
ładniejsza - ocenił Raoul, przypasując rapier.
- Czy to jest ta twoja zmarła narzeczona? Ta, którą tak bardzo kochałeś? To ładne, że wciąż nosisz jej portrecik...
Raoul usiadł na brzegu łóżka i łagodnie wyjął dziewczynie medalion z rąk.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać, to wciąż... trudne... - powiedział, patrząc w wielkie niebieskie oczy.
Dopiero, kiedy zamknęły się za nim drzwi komnaty zręcznie obrócił medalik w palcach. Uśmiechnął się szelmowsko
i zawiesił go sobie na szyi.
Z tyłu srebrnej koperty, na odwrocie portretu pięknej dziewczyny widniał wygrawerowany napis:
JAK NIE TA, TO INNA.
Septembr 359
I wtedy niebo zaczęło się im walić na głowy.
A jeśli nie niebo, to przynajmniej dach "Jesiennego Zmierzchu". Przez głowę Tianarda przeleciało wspomnienie z oblężenia
Seerealu - gdy siedział w domu trafionym bezpośrednio pociskiem z katapulty. Tutaj wrażenie było takie samo.
Przez chwilę w izbie nic nie było widać, za to słychać było sporo - tupoty, trzaśnięcie drzwi, wrzask przechodzący chyba
w rzężenie, przekleństwa w co najmniej pięciu językach.
Powoli kurz, czy też pył zalegający w pomieszczeniu zaczął się rozchodzić. Po wielkim stole stojącym dotąd na środku,
przy którym raczyło się napojami o podejrzanym składzie czterech młodzieniaszków, pozostały tylko drzazgi.
Wśród tych drzazg leżało coś, na co trudno było nie zwrócić uwagi. Tianard szybko przypomniał sobie wszystkie
osobliwe stworzenia, o którym mu opowiadano, a których w życiu nie widział - pelikan? krokodyl? jednorożec? wyvern?
Nie, to nie było nic o czym kiedykolwiek by słyszał. Owo coś powoli podnosiło się z resztek jednego z tych nieszczęśliwych
młodzieniaszków, prężąc wszystkie cztery łapy i otrzepując czarne jak smoła futro. Po chwili stwór popatrzył do góry
i zaraz skrzywił się zasłaniając się przed promieniami słońca przebijającymi się przez dziurę w dachu.
"Uuueeee..." - niski pomruk wyrażający zdawać się mogło niezadowolenie wydobył się z czarnej paszczęki.
Pierwszy oprzytomniał siedzący po prawej olbrzymi McVeird. Zrobił trzy kroki i zamachnął się wielką, nabijaną
żelazem maczugą. Cios trafił. Lecz zamiast miażdżonych kości stwora, Tianard zobaczył tylko olbrzyma ciężko szybującego
przez izbę i rozwalającego Ernestowi kontuar w kawałki.
"Uuueeee" - pomruk znów wypełnił pomieszczenie, a stwór odwrócił się, w dwóch skokach dopadł do drzwi i razem
z nimi wypadł na zewnątrz...
© Lia & Victor Strogow